Kiedy wybierał się do Ekwadoru chciał zobaczyć, jak się żyje w tym odległym kraju. Zastał tam ludzi pogodnych, otwartych, ale i często pozbawionych możliwości zapewnienia choćby minimum egzystencji swoim najbliższym.

Kiedy wybierał się do Ekwadoru chciał zobaczyć, jak się żyje w tym odległym kraju. Zastał tam ludzi pogodnych, otwartych, ale i często pozbawionych możliwości zapewnienia choćby minimum egzystencji swoim najbliższym. W tak "surowym" miejscu odnalazł iskierkę nadziei dla tych ludzi. To misja prowadzona przez o. Jana Koczego. Widząc ogrom biedy zapragnął, aby zapewnić choćby jednemu głodującemu dziecku utrzymanie. Czy Krzysztofowi Giełdonowi uda się przeprowadzić wirtualną adopcję serc? Czy tczewianie są wrażliwi na potrzeby innych ludzi, zwłaszcza małych dzieci?



Do tej podróży przygotowywał się długo. - Moim marzeniem było wybrać się do kraju misyjnego - przyznaje Krzysztof Giełdon. - Najpierw przez dwa lata uczyłem się języka hiszpańskiego, bo takim posługują się mieszkańcy Ekwadoru.
∨ Czytaj dalej

To przecież nie miała być wycieczka z przewodnikiem, tylko faktyczne zagłębienie się w "serce" tego kraju, dotarcie do mieszkańców, poznanie ich, ich problemów, podejścia do życia. Już na miejscu zobaczyłem, jak ciężko jest tam żyć. Ludzie mimo problemów pogodni, uśmiechnięci, a przecież nierzadko nawet nie mieli co do "garnka" włożyć. W tym dotkniętym głodem miejscu znalazłem człowieka, który prowadzi kuchnię dla biednych dzieci. To ojciec Jan Koczy, werbista.
Krzysztof Giełdon przyznaje, że świadomość, iż w Ekwadorze nie ma prawnej opieki nad dziećmi mocno go poruszyła.
- Tam jest mnóstwo dzieci, uśmiechają się, ale widać, że są po prostu głodne - mówi tczewianin. - Zresztą dorośli również często głodują. Taka sytuacja dotyczy nawet całych rodzin. Tragicznie jest kiedy matka zostaje sama z dziećmi nie posiadając żadnych środków na życie. Tam nie ma żadnych ośrodków pomocy. Ci ludzie zostali pozostawieni sami sobie. Tylko misja jest dla nich szansą na przeżycie. Jestem pod wrażeniem tego, co dotychczas zrobił ojciec Jan Koczy.
Widząc w jak tragicznej sytuacji znajduje się miejscowa ludność zakonnik założył "kuchnię". Aby wszystko odbywało się legalnie powołał również fundację. Fundacion San Jose Freinademetz SVD - Fu Shen Fu ma swoją stronę w Internecie. To między innymi za jej pośrednictwem ludzie z całego świata mogą zapoznać się z sytuacją w misji. To nie jest typowo katolicka fundacja. To jest fundacja po prostu dla ludzi. Na zbudowanie pomieszczeń dla potrzeb głodujących dzieci pieniądze przysłali również protestanci. W tamtym miejscu ekumenizm nie jest tylko słowem. Ojciec Jan szuka dobrych ludzi, którzy mogliby mu pomóc w niesieniu pomocy.
- Pomyślałem, że może by tak w Tczewie zorganizować koncert charytatywny z przeznaczeniem na dożywianie dzieci z tej misji - mówi Krzysztof Giełdon. - Bilet wstępu na taki koncert mógłby mieć wartość jednego posiłku, czyli 3 zł.

Informacje o sytuacji w misji można znaleźć na stronie www.fundacja.chalupki.pl

Więcej w piątkowym "Dzienniku Tczewskim


Zobacz koniecznie

Witryna korzysta z plików cookies oraz informacji zapisywanych i odczytywanych z localStorage, aby dopasować interesujące treści oraz reklamy. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień przeglądarki, w szczególności w zakresie cookies, oznacza, że pliki będą umieszczane na urządzeniu końcowym. Możesz zmienić ustawienia przechowywania i dostępu do cookies i localStorage używając ustawień przeglądarki lub używanego urządzenia. Szczegóły w Polityce Prywatności.

Zamknij